2012-05-15

Comentarii Notarum Tironianarum, napisy i konkurs!

W swoich poszukiwaniach nie zaniedbuję zamierzchłej przeszłości. W planach mam oddzielne opracowanie, oczywiście popularne, nie naukowe, na temat not tyrońskich, czyli pierwszej poważnej stenografii w dziejach Europy, a może i świata. Kto ciekaw, parę słów na ich temat umieściłem onegdaj w jednym z rozdziałów strony, tym o starożytnym Rzymie.

A ostatnio trafiłem na prawdziwy cymes: Comentarii Notarum Tironianarum autorstwa Wilhelma Schmitza, wydane w roku 1893 w Lipsku. Książka prawie cała po łacinie, jak przystało na omówienie niszowego zagadnienia z tego języka - po co ciekawscy mają się plątać pod nogami, skoro zrozumieć mogą to tylko Wtajemniczeni? Ale mniejsza z tym. Najciekawsza i tak jest jej druga część, a przy tym najgłówniejsza, czyli tablice stenograficzne. Można na nich obejrzeć, jak wyglądał ten system, czy nie system... No, nie system, bo podejście logiczne, pragmatyczne, matematyczne, ergonomiczne, ustępowało na rzecz czystej pamięciówki - większość wyrazów to znaczniki. Da się odnaleźć także znaczki dla form gramatycznych, przypadkiem czasem podobne do swoich brzmieniowych odpowiedników, np. -care podobnie wygląda w słowie amaricare (coś jakby "gorzknieć", jeżeli od amaritus) i carena (doprawdy nie mam pojęcia, co by to mogło znaczyć). Zatem taki system-niesystem, ale pierwszy, powszechnie używany i to całkiem długo.

Zapragnąłem sprawdzić, czy z materiału w tej książce da się czerpać. I tak postanowiłem napisać notami tyrońskimi nazwę mojego starego blogu, z czasów budowy (i odbudowy) domu: Aedificare necesse est. Okazało się to wcale nie tak trudne. Ponieważ jestem leworęczny w pisaniu i w czytaniu, zacząłem od lewej, czyli przypadkiem od pierwszego słowa. Niestety, formy zadanej nie znalazłem, ale włączywszy przeszukiwanie po cząstkach wyrazów, snadnie znalazłem:


No, to już mamy na czym budować. Widać, że znaki te mają wspólną cząstkę "aedi", przy czym mnie interesuje części "aedifi", ale nie "ficat". Ha, wygląda na to, że w większości zastosować, owa "ficat" to kreseczka lekko ukośna. Powtarza się w książce np. dla słowa "letificat".


Za to patrzajcież, patrzajcież, brzuszek na końcu znaczka może być oznaczeniem owego "fi". Żeby był odwrócony w inną stronę, nazwałbym go mądrze cedyllą, ale że jest akurat w tę - zasługuje na międzynarodowe miano ogonka.


Powtarza się ów ogonek dla słowa "sanctificat", ale, ponieważ nie jest to do końca logiczny system, a może to znaczniki-w-znacznikach, reguła ta straszy dla słów np. "iustificat", gdzie nie widać onego brzuszka "fi",


albo wręcz w ogóle wyłamuje się z szeregu, jak "laetificat", tak podobne do zgodnego z regułą "letificat", że aż dziw - jakie reguły kazały tak różnić się graficznie dwóm tak podobnym wyrazom,



lub "glorificat", które w ogóle nie trzyma się znalezionej przeze mnie reguły zapisu. Czyli zapewne jest wspomnianym znacznikiem wśród znaczników?


Czyli znaleźliśmy już część potrzebnego nam pierwszego wyrazu napisu Aedificare - aedifi. Powinna ona wyglądać tak:

Oczywiście ten rysunek został przeze mnie przerobiony. Nie znajdziecie takiego przykładu.
Szukamy dalej. Potrzebna nam jest cząstka "-care", która tworzy tzw. słowa odimienne, czyli z np. rzeczownika lubo przymiotnika robi czasownik. Jak wspomniałem wyżej, znalazłem np. wyraz "amaricare":


oraz "caret":


Wspólna cecha tych wyrazów jest łatwa do rozpoznania, nazwijmy ją "dzyndzlem". Przy okazji widać, że jeżeli morfem "care" jest cząstką wyrazu, dzyndzel jest wielki, a jeżeli formą gramatyczną, dzyndzel zapisany jest jak znak diakrytyczny. A zatem pierwsze słowo nazwy i głównego motta mojego starego blogu Aedificare powinno wyglądać tak:

Jak widać, to też własnopalcnie "poprawiłem"
Proporcje znaków zapewne nie muszą być aż tak ściśle przestrzegane.

Pozostała druga części napisu, czyli dwa wyrazy: necesse oraz est. Z tym nie było problemu, najwyraźniej jest to związek często w łacińskich dokumentach używany, bowiem obok samotnie stojącego słowa "necesse" znalazłem frazeogram "necesse est" (który wygląda zupełnie inaczej niż samotne "necesse"), który rozwiązuje drugą część problemu, przepraszam, napisu:



W efekcie uzyskaliśmy składkę dwóch znaków o znaczeniu Aedificare necesse est:


Ponieważ ten widoczek jest cokolwiek poszarpany, możemy podziwiać też wersję wykonaną w "nowoczesnym programie do rysowania" czyli w Libre Office Draw:


I to tyle na dziś. W następnym wpisie pokuszę się o zbudowanie takiegoż napisu dla motta tegoż blogu, które brzmi "Nondum lingua suum, dextra peregit opus". Przy okazji ogłaszam prosty konkurs o prostych regułach (wygrywa pierwsza poprawna odpowiedź): co znaczy motto tego blogu? Rozwiązania proszę publikować w komentarzach poniżej. Termin rozwiązania: za około 2 tygodnie, po co się spieszyć.
Nagroda? Jaka nagroda? Nagrodą powinno być uczestnictwo w tym elitarnym konkursie. Ale - oczywiście, będzie nagroda.

2012-05-10

No i pękłem.

Broniłem się przed tym, jak mogłem. Jednak od czasu, kiedy niektórzy znajomi zostawiają mi wiadomości na Facebooku, które potrafią czekać tygodniami, zanim je przeczytam, postanowiłem zmienić nastawienie. Trzeba przestać udawać, że tego nie ma - tej jednej z największych witryn internetowych na świecie. Założyłem fanpejdża stron o stenografii na Facebooku. Nawet niezły ma adres: http://www.facebook.com/stenografia.

Podobno czego nie ma na Fejsbuku, to tego po prostu nie ma... A przy okazji na Google+, Digg, Twitterze, Wykopie, Delicious i jeszcze tu, i tam, ale to już tak zupełnie przy okazji.

Zapraszam, wejdźcie i "zlajkujcie". Każdy artykuł można "lajkować" osobno. Staram się opanować te wszystkie fanboksy i inne oznaczniki fejsbukowe, oraz innych portali - jeżeli naprawdę jest to sensowna metoda promocji tematu, to niechże tak będzie!

2012-05-05

Stenografia to matematyka?

Oglądałem sobie filmik z pokazowej lekcji stenografii w koljedżu Ministierstwa Inostrannych Dzieł w Moskwie. Pani uczycielka prawi tam w pierwszej minucie, że "(...)stenografia to matematyka, to logika(...)" i się tak zamyśliłem.


No, bo niby racja. Może z tą matematyką to trochę pani przesadziła, ale rzeczywiście jakieś podobieństwa to zapisu matematycznego i logicznego występują. Praca umysłowa, jaką trzeba wykonać podczas pisania stenograficznego to czysta, choć odruchowa, analiza: zamieniamy potok słów i zdań w symbole, które częściowo są obrazkowe (znaczniki), częściowo fonetyczne - i tu właśnie trzeba czasem analizować, czy "bezpieczny" pisze się Bz-p'ecz-ny, czy może b-Sp'-ny, a może Bsp'-ny? A może każda opcja jest prawidłowa? W takim razie, która z nich będzie bardziej czytelna i da się szybciej zapisać?

Niektóre znaczki są złożone na podobieństwo pisma chińskiego (u Polińskiego np. "dotychczas"), inne odpowiadają całym związkom frazeolololologicznym, choć nie zawsze tym, które odruchowo wskazujemy jako takie.

Ale jest jeszcze jeden aspekt stenografii, na razie przeze mnie tylko podejrzewany, nie zaś doświadczony, który może tej pani się z pracą matematyczną skojarzył: pisanie skrócone. W zawodowych systemach stenograficznych (Poliński, JSSP dla naprzykładu) nie ma możliwości zapisania każdego słowa w ich pełnym brzmieniu - analfabet stenograficzny z góry zakłada, że będziemy pisać w sposób skrócony (np. "skrócony" = "skrtny"). To umysł ma dokonać bezbłędnej deszyfracji zapisu na bieżącą mowę.

Prawdę mówiąc, tym właśnie różni się alfabet łaciński, czy rosyjski od innych systemów pisma, które poznałem. Pismo łacińskie (lub rosyjskie) rozwinęło się w stronę dążenia zapisania każdego dźwięku, jaki wydaje paszcza mówiącego. Tymczasem w innych alfabetach skoncentrowano się przede wszystkim na przekazie znaczenia. A zatem Polak z grubsza po podstawówce może przeczytać "energointerferencja", choć w życiu nie domyśli się, co by to mogło znaczyć (o ile cokolwiek znaczy). W zapisie chińskim słowa pozbawionego znaczenia zapisać nie da się (a w każdym razie nie zaleca się). W mongolskim, tybetańskim zapisze się, ale w brzmieniu przybliżonym, tym bardziej przybliżonym, im brzmienie dalsze jest od naturalnego aparatu mowy danego języka.

Stenografia zatem jest skrętem narodów łacińskich (czy rosyjskich) ku zapisowi znaczeniowemu. Bo nie da się stenografować poprawnie słów, których się nie zna. Podobnie, jak nie da się rozwiązywać zadań matematycznych z dziedziny, której się jeszcze nie poznało.

2012-04-30

Ostatni podręcznik do JSSP

Łohoho! Dziś też mam prezent. Najnowszy, prawie nowy, podręcznik do JSSP. Z roku 1994! Nóweczka! Ponieważ jest obszerny i dobrze obrobiony przy pomocy świetnego programu, który miałem na komputerze i nawet nie wiedziałem (Scan Tailor). Dzięki temu programu książki dają się zapisać głównie jako czarny tusz na białym papierze, więc nie zajmują więcej miejsca, niż to bezwzględnie konieczne. W związku z tym wyciągam ich DPI do 600, bo dzięki temu lepiej się czyta te stenograficzne zawijaski.

Częstujcie się, komu ochota i wola.

Stąd też można!



Smacznego!

2012-04-25

Koniec pisma


Dyskusja nad zakończeniem kariery pisma odręcznego w amerykańskich szkołach trwa. Pisałem już o tym wcześniej. O kwestii pisma odręcznego. Że aktywizuje nasze szare komórki w o wiele wyższym stopniu niż klepanina w klawirę. Dziś czytam artykuły przeciwniczki pisma odręcznego, Pani Anny Trubek - że to wręcz mózg zmienia!

Najsampierw przedstawię jej argumenty (pokrótce), ale nie będę się powstrzymywał od komentarzy. Otóż twierdzi ona, że pismo nie jest naszą przyrodzoną zdolnością, lecz wyuczoną - w końcu istnieje, wg danych archeolololologicznych zaledwie od 6000 lat, a nowoczesny człowiek (prawie) myślący od 200 tysięcy. Porównując te dwie liczby możemy zauważyć, że zdążyłby zawalić cywilizację techniczną co najmniej pięć razy od swego powstania do dzisiaj, gdyby był naprawdę myślący... Ale do rzeczy.

Otóż starożytni Sumerowie jako pierwsi zaczęli uczyć swoje dzieci wyciskać znaki klinowe - metoda powolna i mało efektowna, ale wtedy, jak wiadomo, ludzie mniej się spieszyli. W każdym razie dokonała się rewolucja w ich mózgach - zostały przystosowane nie tylko do pisania, czyli symbolicznego formułowania myśli, ale też do czytania, czyli translacji symboli na idee. Mózg został zmuszony do stałej, nieprzerwanej pracy translatorskiej. Zaczął się rozwijać na planie myślenia abstrakcyjnego.



Ale czym to się różniło od dzisiejszego pisania odręcznego, trudno powiedzieć, trzeba by dzieciaki znowu nauczyć pikać patykiem w miękkiej glinie...

Alfabety greckie, a wcześniej fenickie, jeszcze ten proces zintensyfikowały. Bo Egipcjanie i Chińczycy zostali przy symbolach ideograficznych, gdy tam powstały dźwiękonaśladowcze alfabety literowe - czyli myślenie skręciło od obrazowania do zapisywania dźwięków, jak na taśmie magnetofononononowej. Trudno ocenić, czy to lepiej, czy gorzej, korelacje między cywilizacją techniczną i pismem mogą być (i zapewne są) pozorne.

Nie są natomiast pozorne związki pomiędzy zmianami w kształcie liter i kwestiami religijnymi i ideololologicznymi. Mnisi średniowieczni stworzyli uncjałę, by odciąć się od pogańskiego i dekadenckiego starożytnego piśmiennictwa. Purytanie tworzyli własne czcionki (a zanim czcionki, to miedzioryty) i własne systemy pisma odręcznego różniące się w szczegółach, ale stanowiące ideolologiczną deklarację.

Ci sami mnisi narzekali na wynalazek prasy drukarskiej, która ich zdaniem miała zakończyć erę książki: unikalnego dzieła sztuki, napisanego bezbłędnie w skryptorium. Zamiast tego miały się pojawić obskurne, pełne błędów zecerskich pseudodzieła, obniżające ogólny poziom intelektualny, przeciwnie do zamierzeń.

Później umiejętności i talenty kaligraficzne stały się wyznacznikiem klasy osobniczej. Wielu uczyło się czytać, niewielu potrafiło pisać.



Po wojnie secesyjnej Remington dla utrzymania sprzedaży wyprodukował maszynę do pisania. Pomijając już jej funkcjonalność, biznes nie chciał jej kupować, bowiem... nie akceptował dokumentów nie napisanych odręcznie! Ale dopiero w 1890 roku maszyna do pisania dorobiła się powrotu karetki (czyli tego śśźźźźbrumg! i od nowego wiersza), czyli osiągnęła podstawową funkcjonalność. 15 lat później w USA bardziej dziwił brak maszyny do pisania w biurze, niż jej obecność.

Z niewiadomych powodów ludzie są strasznie przywiązani do pisma odręcznego, choć znaczna większość łapie za długopis już tylko w celu złożenia odręcznego podpisu na kwitach i umowach. Później albo w ogóle nic nie pisze (i nie czyta), albo klepie w klawisze. Jak ja teraz.

Pani Trubek jako argumentu używa przykładu swojego syna, który cierpi na dysgrafię, czy też dysleksję, a może lenistwo tylko i nie może się nauczyć pisać litery "G", a im bardziej uczyciele go naciskają, tym dzieciak bardziej cierpi. I boi się pisać. Zmuszanie dzieci do pisania w kajetach to niepotrzebna brutalność, twierdzi p. Trubek, przedstawiająca się jako uniwersytecki wykładowca (czego?). Uważa, że do pisma jesteśmy przywiązani w sposób romantyczny, pismo rzekomo wyraża naszą osobowość, tożsamość.



Czy zaprzeczy ktoś, że tak jest? Ja nie mam zamiaru. Kartka pocztowa odręcznie napisana cieszy mnie stokroć bardziej niż tysiące emaili z najlepszymi życzeniami. Pismo odręczne wznosi komunikację na poziom osobisty. Korespondencja moich zmarłych Dziadków z ludźmi z całego świata jest ciepła, czuła i pełna ekspresji. Emaile nie zdejmują maski z naszych pokręconych emocji, pisane są na szybko, są często lakoniczne, pozbawione cech ludzkich - choć w wymianie informacji spisują się stokroć lepiej, przecież nie niosą ze sobą żadnych treści niewerbalnych. Emoty tego nie zastąpią.

Podobno w badaniach wyszło, że nauczyciele skłonni są przyznać lepsze stopnie za ładnie napisane wypracowanie, niż za ten sam tekst wklepany na klawiaturze.

Dalej Pani Trubek opowiada o mnichach średniowiecznych, o skryptoriach - że mianowicie tam uczono się pisać w sposób wystandaryzowany. I dalej tak było aż do w. XVIII, kiedy dopuszczono pewną indywidualizację charakteru pisma, zgodną z osobowością. Mogę tu dodać, że jestem posiadaczem kopii listów i książek z drugiej połowy wieku XIX. W porównaniu z dzisiejszymi bazgrołami pismo ówczesnych to szczyt standardu, zależnie od regionu świata może się różnią, ale niewiele. Precyzja do ułamka milimetra. A dopiero w XVIII wieku przyszło ludziom do głowy rozpocząć badania nad grafologią i grafopsychologią.



Wynalazek maszyny do pisania przyniósł ulgę dysgrafom. M.in. Herny Jamesowi, który zanim nie sprawił sobie klawiry, musiał dyktować swoje utwory sekretarce, co biło go po kieszeni. Tutaj Pani Trubek wskazuje na Heideggera jako winowajcę kontrreformacji pisma odręcznego - podobno bardzo chwalił. A tymczasem w szkołach uczono dzieci pisać pismem, które miało być możliwie podobne do liter z maszyny do pisania. Może w USA, u nasz nie pomnę.

Cóż, nie w piśmie odręcznym rzecz, sądzi Trubek, lecz w umiejętności wyrażania myśli. Są ludzie, którzy pisząc odręcznie trzy razy zapomną, co właściwie chcieli napisać, podczas gdy dyktując szybkopisarce znakomicie sobie poradzą. Chcemy więcej czasu na myślenie, mniej na pisanie, pisze Trubek. Tylko czy dowodzi to konieczności zakończenia nauki pisma odręcznego, czy może konieczności wprowadzenia stenografii i stenotypii w szkołach? Lepiej mieć przecież kilka rozmiarów śrubokręta w walizce z narzędziami, niż tylko jeden, prawda? Czy nie rozwija bardziej nauka kilku języków niż jednego? A czy nie jest tak samo z systemami zapisu? Dziś wiadomo, że nauka pisania, w jakikolwiek sposób, podobna jest do nauki języka-nie-tak-bardzo-obcego. Ortografia, interpunkcja nie istnieją w mowie. Wyłącznie w piśmie.



Pani Trubek wychwala bezwzrokowe klepanie w klawirę. Palce ustawione na klawiszach stukają omalże bez udziału świadomości, która może się skoncentrować na budowaniu treści. Muszę się z nią zgodzić. Ale czy nie było tak samo kiedyś, kiedy większość tekstów powstawała odręcznie? Gdy pisał Dickens, Updike, Mickiewicz, Słowacki, Steinbeck?

Pani Trubek przyznaje, że zaszły pewne zmiany w prozie (taki rodzaj literatury), które korelują z umasowieniem maszyn do pisania. Można sądzić, że komputery też takie zmiany powodują. Pani Trubek przyznaje, że przepisywanie na komputer odręcznych notatek babci, skrobanych na odwrotach kopert pocztowych przyniosło jej głębokie doświadczenie piszącej ręki. To właśnie mam na myśli mówiąc o osobistym poziomie pisma odręcznego. Ono przenosi treści niewerbalne. Nie wiem, jak to robi, ale robi.

Czy pismo odręczne odchodzi w przeszłość? Podobno przejście od heroldów do pisma zajęła Sumerom ponad półtora tysiąca lat. Grecy ze swoim alfabetem robili niewiele przez prawie pół tysiąclecia, zanim kultura przekazu ustnego została zastąpiona przez przekaz pisany. Zatem Trubek twierdzi, że jeszcze wiele mazutu Odrą popłynie, zanim pismo odręczne odejdzie w cień historii. Ale z pewnością odejdzie. Znaczy, tak ona myśli.



Ostatnie, nad czym rozwodzi się Pani Trubek, to systemy rozpoznawania mowy - że niby nie tylko zabiją pismo, ale też wyprą kiedyś przestarzałe klawiatury. Będziemy dyktować inteligentnym systemom eksperckim, które interpunkcję do tekstu wstawią na podstawie dogłębnej znajomości naszego głosu, intonacji, rozpoznania nastroju... Może, w niektórych zastosowaniach tak się stanie. Ale zwróćmy uwagę, że klawiatury dotychczas, mimo starań różnych wynalazców, nie wyparły pisma odręcznego z naszego życia: wszędzie oczekuje się naszych dziecinnie prostych do podrobienia podpisów, a to w bankach trzeba odręcznie (sic!!!) pisać oświadczenia i podania, a to znowuż akurat do pisania jest tylko długopis-reklamówka i serwetka z McDonalda, a to kurier UPS odbiera nasz podpis odręczny na służbowym kwitowniku elektronicznym... Klawiatury wzięły sobie część tortu, ale nie zabrały całego. Pismo albowiem, szanowni Państwo, zmusza nas do uporządkowania myśli, zanim wyrzygamy je z siebie. Mowa-trawa, pismo-grunt. Słowa mają skrzydła, łatwo wylatują, nieopatrznie wypowiedziane stają się źródłem kłopotów. Chcemy tego, żeby dokumenty o znaczeniu prawnym były opatrywane naszymi emocjami? Bo łatwo jest podyktować zjadliwą odpowiedź na złośliwy email od banku żądającego zapłaty zaległej raty. Kiedy musimy wklepać go (czy też napisać) samodzielnie, może w trakcie przyjdzie opamiętanie.



A podobno wystarczy jedna dobra burza słoneczna, żeby tą całą elektronikę szlag jasny trafił... Może jednak nie zapominajmy sztuki odręcznego pisania? A czytelników tej strony zachęcam do zachowania sztuki pisania skróconego, czyli stenografii.

2012-04-20

Ipad nie jest przyszłością przeszłości.

Nie wiem, czy już o tym pisałem, ale wreszcie, z ogromnym opóźnieniem, znalazłem okazję, żeby sprawdzić to, co przeczytałem, podzieliłem się i wyraziłem entuzjastyczne przypuszczenie onegdaj (albo wcześniej).


Dostępne mi Ipady, nie wiem, jak przestarzałe względem najnowszych, po prostu nie mają rysika! Pisanie po ekranie długopisem to skazanie się na konieczność ponownego, szybkiego zakupu tej kosztownej zabaweczki. Jak na razie projektanci naszykowali ją dla palcujących małpiatek, bo umówmy się, ta ekranowa klawiatura to jakieś nieporozumienie jest. Nie mogę znaleźć dysputy, na podstawie której napisałem poprzednią notkę, więc na razie nie sprawdzę, do czego doszli stenografowie z Ameryki. U nasz, w Polszcze, na Ipadzie pisać się nie da. W każdym razie na tych dwóch, na których to sprawdziłem.

Przykro mi.

2012-04-15

Prezenty jak ulęgałki

Dziś mianowicie zapraszam do skosztowania najnowszego, nóweczka, prosto z drukarni omalże, podręcznika do systemu Polińskiego, wydanego w roku, uwaga, uwaga, 1982! Tadaaammmm! Mówiłem, że prawie nowy?

Oto on. Tylko uwaga, duży! 75MB w czerni i bieli. 250 stron A4 samej czystej nauki stenografii! Dla najostrzejszych dawaczy! Zastanów się, zanim pobierzesz! Nie biorę odpowiedzialności za fakt, że w efekcie nieprzemyślanej decyzji zaczniesz stenografować!

Tu też można pobrać!


Smacznego!